Dzisiaj od rana żywię się newsami z portali internetowych, radia Tok Fm i telewizji. Podziwiam determinację pielęgniarek walących non-stop w butelki przed budynkiem Kancelarii Premiera. Podziwiam też poczucie humoru premiera Kaczyńskiego, który spytany o planowane przedłużenie protestu pielęgniarek ponoć odpowiedział:
Jeśli ktoś lubi spać w namiocie, to jego sprawa.
Podziwiam pokrętne tłumaczenia działaczy związków zawodowych, którzy wmawiają mi, że jeśli pielęgniarki i lekarze będą zarabiać więcej, to ja będę bardziej zadowolony z ich usług. Podwyżki były w roku ubiegłym, zauważyliście może jakąś poprawę w jakości publicznej służby zdrowia? Ja nie.
A najbardziej mnie śmieszy argumentacja w stylu “albo podwyżki, albo zwalniamy się masowo i wyjeżdżamy z Polski”. Ci zdolniejsi i sprytniejsi podobno już wyjechali – leczą pacjentów w krajach skandynawskich i na Wyspach Brytyjskich. Niech wyjadą też protestujący – mnie nie przeszkadza, że będzie mnie leczył ktoś z Indii, Tajlandii, czy Białorusi. Mam dziwne wrażenie, że w kraju zostały rzesze ślamazarnych pielęgniarek, lekarzy i nauczycieli, którzy tylko i wyłącznie krzyczą (proszę w tym miejscu wyobrazić sobie mewy w “Gdzie jest Nemo?”) “Daj, daj, daj”. Byłbym zadowolony, gdyby wyszły z propozycjami pozapłacowymi – chcemy “takiego a takiego” rozwiązania instytucjonalnego, chcemy wprowadzić częściową prywatyzację służby zdrowia, chcemy bonów edukacyjnych.
Na koniec a propos pielęgniarek i mediów (“cała prawda, całą dobę”?):


