Gdyby nie ludzie, którzy mają do mnie cierpliwość w budzeniu, to chyba świat przed dwunastą na ulicach i placach swoich by mnie nie widział. Jakoś tak dziwnie się złożyło, że nieświadomie, jeszcze przez sen, wyłączam wszelkie budziki, zarówno te komórkowe (ostatnio na topie jest “I saw her standing there” w wykonaniu The Beatles oczywiście), te radiowe, jak i te standardowe budziki (w tym ten mój – Garfield miauczący). Żadna z tych rzeczy nic nie daje – w najgorszym przypadku jest po prostu wyłączana, w najlepszym – ląduje ze mną w łóżku.
Najskuteczniejszy, chyba, sposób na obudzenie Arkadka to przejście się kilka razy po pokoju. Jego pokoju. Instynkt obrony własnej jaskini, jaki Arkadek otrzymał po swoich dalekich przodkach zaczyna działać. Otwiera jedno oko i obserwuje intruza. Otwiera drugie oko, spogląda na zegarek i wyraża swoje niezadowolenie. Zazwyczaj wystarcza staropolskie “no k**wa”, coraz częściej międzynarodowe “oh shit”. Tutaj następuje zerwanie nocnej więzi między nim a kołderką, poduszką i łóżkiem.
Podziwiam tych, którym chce się mnie budzić, bo to nie lada wyzwanie. Wyczyn też. Nie wystarczy powiedzieć “Arek, wstawaj 9.00″, świat nie jest taki prosty, jak się wydaje. Nie wystarczy zaśpiewać nade mną “Kiedy ranne wstają zorza”. Tajemnicą tych wszystkich, którym zlecałem budzenie mnie, są ich uzdolnienia do budzenia mnie. Istne know-how, które jest więcej niż bezcenne
No nic, rozluźniłem się, zostałem obudzony o 4:46 przez współlokatora, a za kilkadziesiąt minut mam pociąg do Warszawy. W drogę.
