Nie pisałem przez ostatni tydzień, bo jestem w trakcie zaliczeń, egzaminów, testów, kolokwiów, testów, prezentacji, itd. Codziennie coś, a nawet podwójne coś, co jest skutkiem zbyt małego zainteresowania uczelnią przez ten semestr. Jeśli ja nie interesowałem się uczelnią, to uczelnia zainteresowała się mną…
Uczelnia się zainteresowała, ćwiczeniowcy i wykładowcy. Nagle wymagają ode mnie ponadprzeciętnej wiedzy z przedmiotów, które w życiu nie będą mi potrzebne. Weźmy taką ochronę środowiska, którą zaliczać będę w poniedziałek… jedyne, co przychodzi mi do głowy po spojrzeniu do notatek z wykładów, to cytat z “Poranka kojota”:
Naczytałeś się jakiś bzdur o żabach, a teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych
Taak… zdecydowanie tak odpowiedziałbym wykładowcy tego przedmiotu. Nie do końca rozumiem, dlaczego mam się uczyć, jak ratować planetę, skoro mam być ekonomistą. Przecież regułkami i definicjami Ziemi nie zbawię. Ekonomiści nie są od zbawiania planety, a co najwyżej od zarabiania na tym zbawianiu. Wystarczy spojrzeć w jeden z ostatnich numerów Newsweeka:
Naukowcy wieszczą Armagedon, a przedsiębiorcy zacierają ręce. Świat będzie potrzebował nowych odsalarni wody, szczepionek przeciwko chorobom tropikalnym i samochodów hybrydowych
Tak, wiem – moje podejście jest nieetyczne, no i co z tego?
