Już wiem, dlaczego wczoraj od rana tak strasznie bolał mnie brzuch. Powodem nie było niestrawne jedzenie, kopniak, ani nawet miesiączka (no bo jak?!). Mój brzuch po prostu wiedział, co mnie czeka po powrocie z uczelni i usadowieniu się przed monitorem. Samoistnie przygotował mnie przed ostrą dawką śmiechu – lekko rozgrzał i rozciągnął mięśnie brzucha, o których uczyliśmy się na biologii, a których nazw już kompletnie nie pamiętamy.
Poniedziałkowy przegląd prasy wyglądał standardowo – szybkie przyjrzenie się portalowym nagłówkom i równie szybkie zwrócenie uwagi na jeden z nich – “Poseł: karać kobiety za noszenie mini na drodze”. Myślę sobie “idiota, a nie poseł”, ale ponieważ te pojęcia są coraz częściej zbieżne, klikam i czytam, co nasz parlamentarzysta wymyślił. Miałem cichą nadzieję, że to poseł z jakiegoś afrykańskiego, albo azjatyckiego parlamentu… miałem. Gdy doczytałem do fragmentu o wpisaniu do kodeksu karnego nowego przestępstwa o wymyślnej nazwie – “bierne zachęcanie do seksu”, zachłysnąłem się pitą kawą.
Po pierwsze, “bierne zachęcanie do seksu” to niesamowicie subiektywne określenie, bo co zrobić, jeśli znajdzie się ktoś, kogo “biernie do seksu zachęca” każda z napotkanych osób? Po drugie, wyobraziłem sobie jakieś uściślenie tego przepisu: minimalna długość spódnicy – 30cm, maksymalna odległość między dekoltem a podbródkiem – 8cm, maksymalna powierzchnia odsłoniętego brzucha – 90cm kwadratowych, itd. A po trzecie pomysłodawcy takich pomysłów czynnie zachęcają do dania w mordę.
